I can’t see you, but I can smell you

23 września spotkała nas taka sytuacja. Wypływamy z Nazare w Portugalii. Jest to znany surfingowych spot ze względu na tworzące się tam gigantyczne fale ( największa zarejestrowana miała podobno 36 metrów). Przed nami kilkanaście godzin rejsu do Lizbony. Zamierzamy być tam nad ranem. Prognoza optymistyczna i przez większość czasu płyniemy z lekkim wiatrem w plecy. Nadchodzi noc. Piękna, gwieździsta z księżycem oświetlającym drogę. Około 4 nad ranem, od strony lądu pojawia się nisko zawieszona chmura, która przynosi gęstą jak mleko mgłę. Widoczność spada do 100 metrów. Wiatr tężeje. Płynąc poprzez mrok na kanale 16 radia, który stanowi główny kanał wywołania i komunikacji w niebezpieczeństwie, pojawia się islamski zaśpiew i muzyka typu habibi habibi. Trwa to kolo 10 minut co jest naruszeniem standardów i właściwie zagłuszaniem głównego kanału, gdybyśmy chcieli np. zwrócić się o pomoc. Mgła, mrok i habibi. Płyniemy na wachcie z Hubertem, reszta załogi śpi lub próbuje zasnąć. I nagle słyszymy wężowy głos z radia, który przerywa muzykę: „I can’t see you, but I can smell you… „ chwila ciszy. I znowu „I can’t see see you, but I can smell you”. W głowie pojawiają się czający się na nas piraccy mudżahedini. Spoglądamy na AIS czy wyświetla jakieś statki w pobliżu. Nic nie pokazuje. Skąd ten glos? I w tej mgle raz jeszcze „ I can see you, but I can smell you… „ po czym gra muzyka. Trwa to jakiś czas i wtedy pojawia się uderzenie wiatru. Zapominamy o piratach i refujemy żagle. Na wachtę wychodzi Pola i Ewelina. Pola przejmuje ster i dzielnie walczy z wiatrem i falą. Wraz ze świtem wiatr wzmaga się do 7 w skali Beauforta. Na szczęście płyniemy z wiatrem wiec nie ma dramatu. Po jakimś czasie zmieniam się z Polą i walczymy dalej. I tu filmowy urywek z tego momentu. Godzinę później chowamy się za cypel przy Cascais i wszystko się uspokaja. Wprawdzie nie dowiadujemy sie do kogo należał głos, ale wiatr gaśnie, a na nas czekała już gorąca plaża w Cascais .

Share your thoughts