O Biskajach opowieść zaległa

Zupełnie to jakoś nie chronologicznie, by teraz, tutaj, rejs przez Zatokę Biskajską opisywać. Po drodze było przecież tyle wydarzeń ciekawszych lub równie ważnych, że właściwszym by było, od nich zacząć i toczyć historię po kolei. Nie mam jednak siły, by nadrabiać zaległości. Ani czasu. Droga oraz kolejne wydarzenia przybywają w lawinowym tempie i wbrew pozorom mało mamy czasu, by odpocząć i mieć energię na opisywanie rzeczywistości.  Pewnie brak czasu brzmi absurdalnie, ale to temat na inną opowieść.

HALUNY I PRZYDŹWIĘKI

Tymczasem siedzę w dziobowej koi, wokół słychać wszechobecne szuranie, przelewania i uderzanie fal o centymetrowe ścianki jachtu. Odmierzane rytmem oceanu klikanie kuchenki w kambuzie, hi-hatowe brzmienia kiblowego haka, czy grzechotania kabestanów.  Za moment, a dokładnie nieco po północy, stuknie nam 2000 przepłyniętych mil morskich. To całkiem sporo z naszego punktu widzenia. Po naszej lewej ręce hiszpańskie wzgórza skąpane we mgle, po prawej za horyzontem Atlantyku, koniec świata.  Jest 12 września i zmierzamy do Porto. Powinniśmy tam dotrzeć za kilkanaście godzin.

– Słuchajcie, co tak wali? – wjeżdża do mesy zaniepokojona głowa Magdy. Na chwilę wszyscy zamieramy i nasłuchujemy…. Nic nowego jednak nie słyszymy. Znamy z Magdą na łódce każdy rodzaj dźwięku. Są one jak lampki na pulpicie sterowniczym. Każdy odpowiada za coś innego i alarmuje nas o potencjalnej awarii. Magda nie odpuszcza: „To chyba łańcuch od kotwicy…”

Na początku rejsu prawdopodobnie musiałbym sprawdzić sam, teraz nie zdążam nawet mrugnąć okiem, a Magda wspina się na pokład i już za chwilę słyszę jej kroki na dziobie, 20 cm nad moją ukrytą w koi dziobowej, głową. Podciąganie łańcucha, terkotanie metalowych elips i cisza. Magda wraca i nasłuchujemy dalej. Chyba ok…

Nasze uszy, szczególnie gdy jesteśmy we dwójkę, są wyczulone na wszelkiego rodzaju odgłosy, w tym także halucynacje lub zniekształcenia wyprodukowane w naszej głowie. Nie dziwią więc nas legendy o syrenim śpiewie, kuszącym żeglarzy do porzucenia statku i wyskoczenia za burtę.  Słyszeliśmy go, choć to zupełnie inna historia. Często, gdy jesteśmy na jachcie tylko we dwójkę, w świście wiatru lub warkocie silnika słyszymy jak się wołamy. Głos, zaśpiew i siła wołania jest taka sama, z tą jednak różnicą, że wychodzi z głowy, a nie z krtani.

O BISKAJACH

Tymczasem miało być o Biskajach… które miały być naszym największym wyzwaniem. W żeglarskim światku  są one postrzegane jako trudne wody.  Powodem jest często zmieniająca się pogoda, wysoka fala, niepokorne wiatry i częste sztormy. Czyli idealny podkład pod późniejsze morskie opowieści, których nasłuchaliśmy się nie mało.

Zatoka to szczególny, podzielony między Francję, a Hiszpanię akwen, w którym wody oceanu Atlantyckiego bezpośrednio napotykają wypłycenie szelfu kontynentalnego, tworząc niekiedy spory rozkołys. Można to sobie wyobrazić przywołując na chwilę fale na plaży, gdy woda z głębin natrafia na wypłycenie przy brzegu i w wyniku niesionej energii podnosi się ponad dno tworząc fale. Przy niekorzystnych warunkach niczym nieosłonięta od zachodu zatoka potrafi wyczarować naprawdę srogie sztormy. Również jej wielkość zbliżona do obszaru Polski powoduje, że rejs bywa długi, a czasem dłuższy niż się planowało. Stąd szacunek i respekt jakim darzą to miejsce polscy żeglarze.

CO CIĘ NIE ZABIJE, TO CIĘ WZMOCNI

Zanim jednak pojawiliśmy się na jej wodach, zmierzyliśmy się z wieloma trudnościami, które miały nas, wedle rzeczonych żeglarzy, zatrzymać. Najpierw mieliśmy wcale nie wypłynąć, wobec ilości pracy na jachcie, niepodobnej do tego, by zmieścić ją  w jednym miesiącu przygotowań. Później na Kanale Kilońskim miały rozjechać nas statki. Na Morzu Północnym sztormy. Na Kanale La Manche mgła i znowu statki. Dokończyć dzieła miały silne prądy między wyspami Normandzkimi i kilkunastometrowe pływy w St. Malo.

Kiedy więc po tym wszystkim siedzieliśmy we francuskim Breście, to byliśmy już jakby…  spokojniejsi o te Biskaje.

Posmakowaliśmy już słonego oceanu. Wypróbowaliśmy Dzikiego Ptaka w trudnych warunkach, zapoznaliśmy się z mgłą i bliskimi spotkaniami z różnego rodzaju „pływadłami”. Innymi słowy – okrzepliśmy.

FILIP, TOMEK I ATOMEK

Tymczasem przenieśmy się na jacht. Znajdujemy się kilka mil od Brestu – francuskiego portu na zachodnim wybrzeżu, który jest częstym miejscem startu rejsów przez zatokę. Jest ciepłe popołudnie, słabnący wiatr pcha nas od strony rufy. Płyniemy na spotkanie załogi złożonej ze sprawdzonych w boju towarzyszy: mojego Ojca, który wprowadzał mnie w pływanie, Tomka i Filipa –  przyjaciół, z którymi co roku spotykamy się na „żaglach”, a na co dzień również bez powodu. Wraz z Magdą będzie nas piątka, czyli ilość zdecydowania komfortowa, by zmieniać się podczas wacht.

Zanim jednak ich spotkamy, płyniemy fordewindem. Naszą uwagę skupia niewielki, ale szybko rosnący punkcik na niebie, który zlatuje z chmur w naszym kierunku. Helikopter! Zbliża się i zbliża, aż wreszcie zawisa tuż nad nami! Jest tak blisko, że zaczynam martwić się o żagle. Dziwimy się, ponieważ włączone radio na kanale 16 milczy, a to właśnie na nim zwykle dochodzi do pierwszego kontaktu. Wtem drzwi od strony pilota otwierają się, a on sam z niemałym trudem wywleka na zewnątrz półtorametrową białą tablicę z czerwonym napisem. Oczywiście po francusku. Spoglądamy z Magdą po sobie zaskoczeni taką obrazkową formą komunikacji. Cokolwiek jest tam napisane rozumiemy jedno słowo: „Convoy”. „Ok… ok, czyli mamy skręcić na tor podejściowy, bo za moment popłynie tamtędy konwój.” Kciuk w górę pilota oznacza, że potwierdza moje myśli. Robimy zwrot przez rufę, a kwadrans później mija nas, od strony bakburty, w pełni wynurzony francuski okręt podwodny. A-T-O-M-O-W-Y! Widok naprawdę niezwykły. Jaramy się i… korzystając z okazji do bójki, wciągamy na maszt  Jolly Roger i otwieramy ogień ze wszystkich dział… huk, mnóstwo dymu i po krzyku.

Jesteśmy w Breście.

NIŻE, WYŻE I PIORUNY

Spędzamy tam kilka dni korzystając z uroków portowego życia, dokonując drobnych napraw i oczekując na okienko pogodowe. Taka możliwość pojawia się w poniedziałek. Prognoza: wiatr z północy o sile 20-27 węzłów. Biorąc pod uwagę niewielką, 9-metrową długość Dzikiego Ptaka, najbardziej obawiamy się fali, która nas będzie męczyć i bujać przez cały rejs przy takim wietrze oraz jakiejś zmiany pogodowej, o której nie będziemy wiedzieć, ponieważ płyniemy 3-4 doby bez odświeżania prognozy. Przyglądając się mapom wnikliwiej widzę, że wyż z nad Azorów nie wpuści nam żadnego atlantyckiego niżu, więc powinno być stabilnie. Natomiast u wybrzeży Hiszpanii czekać na nas będzie niż znad Półwyspu Iberyjskiego, który prawdopodobnie poczęstuje nas burzami. No cóż… ahoj przygodo! Nie chcemy zwlekać i w poniedziałek około południa, po zatankowaniu paliwa, oddajemy cumy.

PIERWSZA DOBA

Pomysł na port dojścia jest dość elastyczny. Wiemy, że im bardziej na zachód w stronę La Coruny tym będzie ciężej. Gdy wychodzimy w morze, 300 mil na południowy-zachód od nas, szaleje sztorm. Kierujemy się więc bardziej po linii prostej na południe, w stronę Ribadeo, które wydaje się bezpieczniejszą opcją. Gdy będzie ok to może odbijemy do La Coruny, gdzie w środę podobno ma być już spokojniej.

A więc wychodzimy. Wiatru jak na lekarstwo, idziemy na silniku, posiłkując się grotem i prądem, który nam sprzyja. Liczę na to, że zdążymy dotrzeć do przesmyku pomiędzy dwoma wyspami:  Ile De Sein i Ponte Du Raz. Ich minięcie przy kursie na południe otwiera wejście do zatoki najkrótszą drogą, ale tylko przy sprzyjającym prądzie i niewielkim wietrze, ponieważ jak opisuje sprawę locja (w dużym skrócie: przewodnik żeglarski), dochodzi tam do morskiej kotłowaniny fal i może być niebezpiecznie.

Zbliżamy się do przesmyku. Spoglądam na zegarek. Mamy jeszcze pół godziny zanim zmieni się prąd na przeciwny o sile 2,5 węzła. Silnik wyciąga 5 węzłów. Jak nie zdążymy, będziemy się wlec pod prąd. Na szczęście zwiększa się siła zachodniego wiatru. Dostawimy genuę i udaje się zdążyć tuż przed zmianą. Przed nami tylko horyzont. Jest godzina 1630, z ulgą wyłączamy silnik. Pozostaje tylko szumiąca cisza.

Cała trasa to 330 mil. Trzy doby rejsu. Na pokładzie spokój. Żartujemy, czytamy, jemy obiad, morze jest spokojne, a fala niewysoka. Francuski brzeg ginie za rufą. Jednak, im bardziej słońce chyli się ku zachodowi, zabierając nam ciepłe światło, tym wiatr staje się silniejszy.

Godzina 2200. Wiatr zwiększa się do 25 węzłów czyli 6 w skali Beauforta. Pojawia się fala, która z każdą godziną rośnie. Płyniemy fordewindem 6-7 węzłów. Ploter pokazuje nam godzinę przybycia przy takiej prędkości na środę wieczorem. Oznacza to, że udałoby się nam w dwie i pół doby. Podchodzę do tych obliczeń na spokojnie, ponieważ pamiętam, że w finale czeka na nas niż, być może mgła i burze, więc nawet jeśli dotrzemy w okolice Hiszpanii wcześniej, to w nocy nie będę podchodził, przy ograniczonej widoczności, do najeżonego skałami brzegu, .

Około północy wiatr jeszcze rośnie, a fala staje się uciążliwa. Ma już w tym momencie dwa metry, a od czasu do czasu przychodzi o metr wyższa, wytrącając jacht i sternika z równowagi. Trudno utrzymać kurs płynąc na motyla i nie nadwyrężając żagli. Zrzucamy grota pozostawiając genuę. Prędkość 5,5-6 węzła. Funkcjonują już nocne, dwuosobowe, 4-godzinne wachty. Ci, którzy nie są w kokpicie starają się zasnąć. Na jednej z koi testujemy nowy, tegoroczny fartuch sztormowy (materiał na pasach uniemożliwiający wypadnięcie z koi podczas przechyłu). Sprawdza się znakomicie. Szczególnie, że przy każdej utracie koncentracji przez sternika, jacht przechyla się na jedną lub drugą burtę.

Na zewnątrz księżyc oświetla ocean, który wygląda w srebrzystym świetle jak pofałdowany wyboisty kisiel. W jego świetle fale robią podwójne wrażenie. Temperatura jak w dzień, odjąwszy słońce, więc jest przyjemnie. Tylko buja strasznie. Góra… dół, góra i dół. Choroba morska zabiera nam jednego człowieka. Góra… dół, góra… dół, organizm odmawia posłuszeństwa, w pełni świadomej głowie. Mimo tego, każdy bez wyjątku, dzielnie trzyma wachtę i steruje.

O 0700 powoli i niespiesznie wstaje słońce obdarzając nas długo wyczekiwanym blaskiem. Noc na morzu mimo swojego piękna i magii ma zawsze jakiś element grozy. Wstające słońce wlewa otuchy w serca każdego na pokładzie. Minęła pierwsza noc. Powoli oddalamy się od brzegów Francji. Echosonda nie pokazuje już głębokości. Nie jest w stanie dotrzeć do dna głębi, na którą właśnie wypływamy. Kończy się kontynent europejski. Od naszych stóp do twardego podłoża jest teraz ponad 4 kilometry. Strach pomyśleć co jest tam na dole….

DRUGA DOBA

Tymczasem, gdy słońce zajęło swoje miejsce na niebie, ocean pokazuje nam swój kolor. Niesamowity, głęboki błękit, wręcz nienaturalny, jakże inny od stalowego Bałtyku, czy zielonych wód Kanału La Manche.

Warunki nie zmieniają się, a my przyzwyczajamy się do bujania oceanu i niestabilnej sytuacji życiowej. Przy śniadaniu ćwiczymy współpracę trzymając sobie nawzajem kubki i talerze, tak by jedna osoba mogła posmarować chleb. Zdecydowanym wydarzeniem dnia są mielone od mamy, które wystrzeliwują nasze samopoczucie na wyższy poziom.

Żeglarsko nie jest to trudny dzień, choć od każdego, kto jest na wachcie za sterem, wymaga pełnej koncentracji. Nie łatwo bowiem jest utrzymać kurs przy takiej fali. Mimo tego Dziki Ptak leci przed siebie nieustępliwie i w miarę szybko. Jesteśmy zadowoleni.

Około 2200, przed kolejną nocą, sprawdzam poziom akumulatorów. Główny wymaga podładowania. Przekręcam kluczyk w stacyjce silnika, by go odpalić i podładować prąd. Ten jednak nawet nie zakasłał. Wygląda to na znaną mi już usterkę. Będąc na fali, wytarmoszony przez wyboistość drogi przewód, łapie ze zbiornika powietrze. Mam jednak na to sposób. Do odpowietrzenia podłączam pompę elektryczną. Chwila oczekiwania na bujającej się non-stop łódce i jeszcze raz… Bum, bum, bum, powoli powoli i silnik zasysa paliwo. I do góry i w dół… przeszła jakaś niestandardowo duża fala. Chodzi… Sprawdzam, czy alternator ładuje. Jest ok. Czas odłączyć pompę elektryczną i niech już silnik radzi sobie sam. I tu popełniam błąd. Na moment rozłączając pompę, rozłączam układ. Ułamek sekundy, fala, która wytrąca na luźnej śrubie kable i zapala się kontrolka alternatora. Nie cierpię tego widoku, bo miałem z tym do czynienia już kilkukrotnie. A to jest nowy alternator! Kupiony właśnie na te cholerne Biskaje, by można było szybko podładować prąd.

Sprawdzam raz jeszcze i już wiem. Jest spalona dioda i nie mamy ładowania. Klnę pod nosem jak cholera.  A nawet bardziej. Mamy przed sobą dwie noce bez ładowania. Brak ładowania na jachcie daleko od brzegu to w obecnych czasach armagedon. W przypadku braku prądu, oprócz oświetlenia i radia, siada cała elektronika. A elektronika oznacza mapy i nawigacje. Bez tego będziemy poruszać się zupełnie inaczej. Mam wprawdzie spisane way-pointy, 4 gpsy w zapasie i mapę generalną, ale już podejście do Ribadeo ukrytego w skalistej zatoce, będzie ryzykowne. Oczywiście nie ma dramatu. Dwa powerbanki doładują aplikacje z mapami na tablecie i komórce, jest jeszcze jeden akumulator w zapasie. Damy radę. Ale mamy już zapaloną pomarańczową lampkę. Wyłączamy  więc to co niepotrzebne i oszczędzamy energię. I góra i dół na fali…

W nocy mijamy hiszpańskie trwalery. Wygląda na to, że zapuszczają się bardzo daleko, na środek zatoki. Są jednak w takiej odległości, że nie stanowią dla nas zagrożenia.

Około 0300 na horyzoncie pojawiają się rozbłyski odległej burzy. Wiemy z prognozy, że to niż  znad Hiszpanii przesuwa się na północ. Jesteśmy coraz bliżej. Z drugiej strony jakoś tak intuicyjnie każdy kolejny sternik odkręca bardziej na zachód. Dalej od złowrogo rozbłyskującego nieba. Jest jednak cisza, burza jest daleko.

TRZECIA DOBA

Rano wypogadza się, choć wiatr nie daje za wygraną. Wciąż wieje „szóstka”. Buja i rzuca nami na wszystkie strony. Fale mają 2,5 metra a co jakiś czas przypływa do nas zdecydowanie wyższy pagórek, który wynosi nas wysoko nad okolicę. Jesteśmy już zmęczeni. Coraz częściej zaglądamy na mapę i liczymy ilość mil do końca.

Po południu na naszym kursie pojawiają się czarne złowrogie chmury. Za sobą mamy już 270 mil morskich i powoli zbliżamy się do Hiszpanii. Im bliżej, tym chmury gęstnieją i zasłaniają słońce. O 1800 wiatr gaśnie. Martwa fala rzuca nami jak butelką. Czarne niebo nie wygląda burzowo. Raczej nas srogo zleje. Ale czy na pewno? Czy ta cisza nie oznacza, że za chwile zerwie się silny, przeciwny wiatr? „Póki co rzeczywiście odkręcił, ale wieje od chmury. Nie zasysa powietrza do siebie, czyli będzie dobrze.” – kombinuję w głowie.  Czekamy, czekamy i nic. Cisza i susza. Ok… dość czekania, odpalamy silnik, stawiamy grota i płyniemy przed siebie po tej wyboistej drodze.

Przed nami kolejna noc, prawdopodobnie ostatnia. Tym razem na silniku, ale bez ładowania. Jedziemy już na rezerwowym akumulatorze. Oszczędzam główny, by nie rozładować go do cna. Myśl o braku ładowania nie daje nam spokoju.

Na morzu nauczyłem się, że nie ma czegoś takiego, jak „ jakoś tam będzie”. Nie ma prowizorki. Nie raz się na czymś takim przejechałem. Dlatego zawsze staram się mieć w zanadrzu plan B i C. Nurkuje więc w czeluściach bakist i wyciągam stary alternator. Ma około 30% mocy nowego, ale lepsze to niż nic. Kolejne dwie godziny zajmuje nam poszukiwanie mocowania do niego. W tym zawsze mistrzem jest Magda. Znajduje je tam gdzie powinno być i gdzie szukałem wcześniej dwukrotnie. Odpalamy silnik z nowym/starym alternatorem i… działa! Choć początkowo w to nie wierzę. Napięcie nie jest rewelacyjne, ale ładuje. Radość!

Tym razem noc jest ciemna i pozbawiona horyzontu i nieba. Mkniemy prze mrok nie widząc przed sobą zupełnie nic. Surrealistyczne uczucie: jakbyś oglądał Pana Kleksa na żywo. Jesteś pewien, że gdzieś za kurtyną stoi jakiś typ, który między jednym, a drugim szlugiem, wypuszcza sztuczny dym, podczas gdy inny imituje fale za pomocą folii. Tak to wygląda. Serio.

Około 0300 zaczyna się to na co czekaliśmy w dzień. Leje. I to mocno. Tomek z Filipem na wachcie są cali przemoczeni. Kolejna zmiana o 0400 to moja z Magdą. Rozstawiamy zamknięte do tej pory bimini w kokpicie, tzw. „budę”. Dzięki temu chronimy się przed deszczem, co jest oczywistym plusem. Minusem jest totalny brak widoczności. Zmarznięci i zmoczeni (na dziobie mieliśmy jeszcze potyczkę z rolerem), dygoczemy pod namiotem. Na horyzoncie na chwile pojawiają się światła – Hiszpania! Nie chce nam się jednak na nią patrzyć. Leje na potęgę. Odpalamy autopilota, zwalniamy obroty i płyniemy przed siebie zupełnie na ślepo.

Jakiś czas później spoglądamy na AIS (system, który pozwala widzieć inne statki i ich kursy) i orientujemy się, że hiszpański trawler wziął nas sobie na celownik. Płynie dwa razy szybciej niż my i zbliża się ekspresowo. Wychylamy głowę w czerń i widzimy już jego oba światła: czerwone i zielone. Jeszcze raz sprawdzamy przecinające się kursy. Jesteśmy na kolizyjnym… nie widzi nas, czy co?

Wywołuję go przez radio… jest odbiór. Chwila pogawędki i ustalamy, że jednak się nie zderzamy. Ok… możemy płynąć dalej. Trawler przechodzi nam za rufą, my zamykamy się przed deszczem, a noc zamyka nam oczy.

Budzi nas kolejna wachta. To mój Tata z Filipem. Wyglądamy przez małe okienko szprycbudy. W deszczu majaczy wybrzeże Hiszpanii. Wstaje zamglony dzień. Szaro, ale jakże pięknie. Przed nami góry osnute białym puchem parującej ziemi. Latarnia morska wita nas rozłożonymi ramionami świateł. Dopłynęliśmy!

Przed nami jeszcze tylko manewrówka na wąskim podejściu i jesteśmy w Ribadeo! Zaczynamy fiestę! A ponieważ mamy jak zwykle sporo szczęścia, trafiamy na przecudowne miasteczko, które na następny dzień szykuje karnawał, czyli dni miasta. Nie wiedząc jeszcze co nas czeka i nie czekając na przebudzenie mieszkańców, tuż po oddaniu cum zaczynamy harce!

Przeprawa trwała 69 godzin. Pokonaliśmy 330 mil morskich.

Termin: 3-6.09.2018

Fot/tekst: jsz

Share your thoughts