Rozkminki o glebie i przyjaźni

Najwyżej powiesz że się wyglebałeś – tak najczęściej zwracaliśmy się do siebie mając 12 lat i przekonując się nawzajem, by zeskoczyć z dachu na górę piachu, wdrapać się na komin czy odrzańskie wały.  Wtedy największym niebezpieczeństwem, nie była złamana noga lub głowa, ale to jak zareagują rodzice. Trzeba więc było mieć dobrą i wiarygodną wymówkę. Przypadkowa gleba na prostej drodze  z kościoła, brzmiała zdecydowanie lepiej, niż honorowy test na skoczność z jednego drzewa na drugie.

Ale jak znaleźć wymówkę na taką fanaberie i zbytek, jak pełnomorski jacht? I do kogo teraz ją zaadresować?

Dzisiaj ten rodzic jest już w nas. Kręci głową nad sprawami o śladowych ilościach rozsądku. Drukuje paragony argumentów. Doradza bezpieczeństwo.

Nie inaczej było, przy zakupie łódki. Moje żeglarskie doświadczenie oparte na czarterowaniu jachtów, nijak się miało do kupna i eksploatacji własnego. Na forach żeglarskich grzmiano o chorobach armatora, który z wolna toczony przez tyfus posiadania, umierał w mękach wydatków, spazmów stresu i kolejnych zawałów, gdy nieostrożny szwagier uderzał dziobem w keję.

Na szczęście dosyć szybko,  z gąszcza potencjalnie siwych włosów, z głębin umysłu, przedarło się do mnie historyczne zdanie: „Najwyżej powiesz, że się wyglebałeś.” To ono przetorowało drogę do tego, by za dużo nie myśleć. By nie sypać piachu w tryby działania. By to olać.  By skoczyć. By pozbawić tyłek oparcia.

Dzięki temu poznaliśmy z Magdą zupełnie inny świat. Świat jachtowych remontów i napraw. Pachnący rozpuszczalnikiem i wilgocią papierowych schematów elektrycznych. Nęcący narkotycznym oparem kleju i zniechęcającym powiewem zapchanego kibla.  Nagradzający zacięcie do niekończącego się szlifowania, słodkim smakiem farby antyporostowej i odbiciem własnej gęby w fakturze polerowanego laminatu.

Innymi słowy, świat wszystkiego tego, przed czym mnie przestrzegano. Mądre to były zdania i co więcej prawdziwe.

I bardzo dobrze! Okazało się, że to świetna sprawa, takie majsterkowanie na swoim. Znacie to na pewno. To uczucie przychodzi zawsze w przypadku rękodzieła. Gdy robicie ciasto lub naprawiacie rower. Odkurzacie w samochodzie lub robicie stolik.  Fakt, że jest to obiekt fizyczny, a nie umysłowy lub wirtualny, że zamiast kilobajtów danych, przetworzyliście kilodżule ruchu, zmienia wszystko.

Tyle nowych rzeczy, tyle nauki. Pycha! A ile stresu! O matko, tyle rzeczy można zepsuć!

Bum! – zabrzmiała optymistyczna nuta, ale moment…
Jeśli uczysz się chirurgii na własnej wątrobie, to jednak ręce się troszkę pocą.

Troszkę drżą.

Wstrzymać oddech. Musisz ciąć.

Wiercić. Kląć.

Tak też było z eksperymentami na Dzikim Ptaku.  To z pewnością druga strona tego medalu. Nie można o tym nie wspomnieć. Pięknie jest rozmawiać o chodzeniu po górach i zdobytych szczytach, ale jeśli nie powiemy o tym, że w połowie drogi przeklinaliśmy wszystko i wszystkich, a  każdy kolejny krok wiązał się z ryzykiem upadku, nie powiemy prawdy.

Człowiek to jednak prosta istota. Pcha się w jakieś sztormy, burze, ale gdy dopłynie do brzegu i wychyli browarka, to mu się wydaje, że dotyka Bram Raju.

To są właśnie te chwile, które się liczą. Które tworzą doświadczenia. Które zapisują się w pamięci i zwalniają czas. Szczególnie jeśli są przeżywane wspólnie.

Dni kilka temu,  rozmawiałem ze starym przyjacielem, z którym udaje mi się spotkać raz na ruski rok. Gadamy, gadamy, aż wreszcie zdaliśmy sobie sprawę, że właściwie to odgrzewamy kotlety, aktualizujemy dane. „Co słychać, co u Ciebie? – Aha, a u Ciebie? – Aha”.

Nartostradą słów zjeżdżają informacje, szusują slalomem wspomnienia.  By przyjaźń zupełnie nie wystygła podlewamy ją złocistym. Nie tworzymy jednak nowych, wspólnych doświadczeń.  Siedzimy w knajpie i opowiadamy sobie te z kilkunastoletnią brodą lub te indywidualne, w których nas razem nie ma.

Tymczasem szlifierka kątowa nie kosztuje wiele, a zbliża. Jej heavy metalowe riffy, zacieśniają więzi tak samo jak solówki Iron Maiden na wspólnym koncercie 20 lat temu. Inaczej niż kawa na mieście, inaczej niż spotkanie w knajpie, tworzy wspólne doświadczenie, wspomnienie, przygodę. Jest jak wspólny wyjazd w góry, remont, rozegrany mecz. Takie też było dla nas to wspólne dłubanie przy łódce.

Ten filmik to migawka, ale i ukłon w Waszą stronę Ziomki, za to, że jesteśmy na tym obrazku razem.

 

Film dotyczy przygotowań do sezonu w 2017.  

Share your thoughts